środa, 25 października 2017

Czas na sufit





W obliczu niemiłosiernie kurczącej się powierzchni mieszkania pod uprawę czas na zagospodarowanie sufitów ;)
(W zanadrzu mam jeszcze przemeblowanie mieszkania...)
W tym celu nauczyła się plątać kwietniki makramowe. 
Zwykle jak się czegoś nowego uczy to najchętniej korzystając z YT, ale tym razem całkiem sprawnie jej to poszło z instrukcją Oli znalezioną na jej blogu. O TU.
Ola plotła swój z bardzo grubego sznurka 9 mm. Mój miał 3 mm, ale żeby uniknąć problemów i niespodzianek postanowiłam nie kombinować i motać kwietnik z takich samych jak u Oli ośmiu kawałków sznurka po 6,5 m każdy. 
I jak się okazało przy cieńszym sznurku dużo go zostało, więc jak plotłam z innego koloru, ale również 3 mm, to ucięła sznurki dużo krótsze. 
Wtedy spotkała mnie kara i ledwo mi tego sznurka starczyło, żeby dokończyć kwietnik. 
Nie wiem jak to się dzieje, ale ten sznurek żyje. Niby tnę równe odcinki, za chwilę jak je składam do kupy okazuje się, że są jednak różnej długości itd. 
Jeśli ktoś nie próbował wykonać kwietnika, albo szyć MINKI, pewnie nie wie o czym bredzę, ale mówię Wam - sznurek żyje i lepiej na niego uważać. 
Resztki mam zamiar wykorzystać do zrobienie, a jakże osłonek na doniczki. Supełków, którymi resztki powiążę nie będzie widać. Schowam je w środku. 
Polecacie jakiś tutorial na zrobienie takich sznurkowych koszyczków? Może znajdę go na blogu którejś z Was?
Dajcie cynk. 
Pozdrawiam cieplutki, suchutki i odsyłam do kolorowego świata Agnieszki i jej dzieci, które szczęśliwie mogą cieszyć się i bawić fantastycznymi zabawkami zrobionymi przez Mamę. 
Link do bloga Agi 
Po zapoznaniu się z jej pomysłami będziecie patrzeć na opakowania kartonowe jak na złoto. 
Ja mam za szafą już dwa i marzę, żeby zamienić je w takie skarby jakimi Aga inspiruje. 
























środa, 18 października 2017

Moda na zielone



Jeszcze niedawno miałam 3 doniczki.
W jednej było drzewko szczęście, które naprawdę może mówić o szczęściu, bo doprawdy przez 8 lat jak je mam nie przypominam sobie, żebym je podlewała. 
W dwóch pozostałych fiołki Afrykańskie, które dostałam od Babci i przypadkowo postawiłam je w sypialni gdzie wpada dużo słońca, ale światło jest rozproszone, bo praktycznie rolety ciągle są zasłonięte. Im to, jak doświadczyłam i doczytałam, bardzo odpowiada. 
Rosną, mają dzieci i ciągle kwitną. 




Udawało się z fiołkami, więc zapragnęłam więcej zielonego. W tym celu złożyłam rabunkową wizytę mojej Mamie. 






Kiedy ogoliłam ją już ze wszystkiego, a było mi mało, złożyłam tym razem cywilizowaną wizytę w sklepie internetowym zielony parapet. Tam kupiłam te maleństwa. 



Znajdź 5 różnic. Zdjęcie z końca września i z teraz.



Następnie wyciągnęłam antenki, a w odpowiedzi Iwona z Niecodziennego Zakątka i Ola @Colorolii  
sypnęły zielonymi😘😘😘💚💚💚














Mam Ci ja na swoim koncie sukcesy. Korzonki, korzonki, korzonki :D




Mogę do nich zaliczyć również zamienienia zagłówka w sypialni na TO
:D:D:D






I spektakularne wzrosty niektórych bejbików. 













Na koniec pokaże jeszcze przybyszy z Nowej Zelandii. Corokia i Sophora. 
Te kupiłam u ro_ślinki






Palec pod budkę kto wkręcił się w modę na zielone we wnętrzach? 
Ja tak!!!:):):)
Przemeblowuje właśnie mieszkanie, żeby mieć więcej miejsca na zielonych przyjaciół..
;)



środa, 11 października 2017

STOLIK i KRZESEŁKA pod WAŁEK


Ponieważ jak się okazuje mój Mąż Przemysław czyta jednak tego bloga, muszę napisać sprostowanie do jednego z ostatnich postów.
Mam odszczekać kolejno, że mój Małżonek szanowny nie jest fanem piłkarskim nie najwyższych lotów i że owszem czasem brzydko mówi na temat reprezentacji Polski, jak tej nie wychodzi, ale tak trzeba, bo to jest krytyka konstruktywna...


Nawiązując do ostatniego posta o malowaniu mebli to zrobił mi on smaka na kolejne malu malu i tak pod wałek trafił poniższy zestaw mebelków z Ikei. 


Oprócz malu malu zrobiła jeszcze szyju szyju wypychu tapicerku, bo ta dykta na krzesełkach taka nie miła i taka nie ładna. Na jedno krzesełko dała takie białe milutkie futerko/bardzo praktyczne przy dwulatku pasjami malującym farbami/, ale ponieważ jest też grubiutkie to wiele nerwów kosztowało ją zainstalowanie go. Na drugie więc się już nie wysilała i nawlekła zwykłą cienką tkaninę. 
W kwiaty. To się chłopak ucieszył!
No, ale dla kogo ja to robię?
Przecież wiadomo, że dla siebie;)











Potem jeszcze nie mogłam się opanować to se ramki na kolor walnęła.


Inspiracją do zmian w pokoju StAsia była robota jaką Aga, Pańcia bloga Agea happiness, odwala w pokoju swoich dzieci. 
Zaprosiłabym Was do niej na nowy post, bo wiem, że taki powstaje, ale zaglądacie na własną odpowiedzialność. 
Czego ona dla tych dzieci nie robi, nie zdobi, nie szyje, wycina, modzi i animuje.  
Super Mama!!!


A wy coś zmalowałyście w ostatnim czasie?

AA jak Twoja szafa?

Jołaśka:)

środa, 4 października 2017

Malu malu IKEA feat Flugger



Jak zasiadam do pisania tego posta to fest pizga za oknem/piękny i wzruszający początek,aż chce się czytać dalej...
W związku z czym w swej wspaniałomyślności pomyślałam, że czas na post z serii  choć pomaluj mój świat na żółto i na miętowo/ah ta znajomość polskiej piosenki, chyba do JAKA TO MELODIA się zgłoszę. Obyta z kamerą jestem. Występowałam w Rykowisku pierdylion lat temu i byłam na wyjściu Gulczasa w pierwszej edycji Big Btothera. WYSTARCZY!!!
A! I jeszcze wcześniej z Aśką bardzo chciałayśmy w telewizji WOT/Warszawski Ośrodek Telewizyjny wystąpić, która wizytowała naszą podstawówkę z okazji wystawy kotów zorganizowanej przez jedną z ambitnych uczeninic. Zdradzę, że nie byłam to JA.
Koty były tak egzotyczne, jak rok w którym wystawa miała miejsce czyli jakiś 1990. Generalnie każdy kto miał kota mógł przyjść i go sobie wystawić. My nie miałyśmy co wystawiać, ale szczęśliwie znalazłyśmy jakiegoś spolegliwego kota po drodze do szkoły, koło sklepu i zmusiłyśmy go do współpracy pętem kiełbasy zakupionym w owym.
Pamiętam, że na poczekaniu brednie wymyślałyśmy, pytane przez Pana reportera co kotek lubi a czego kotek nie lubi.
No naprawdę wystarczy, wystarczy!!!
Wracając jednak do malowania, po tym przydługim wstępie.
Wykonałam je nie dla siebie, ale na własnych warunkach. W sensie, że mogłam użyć farb Flugger'a, którego jestem nieodpłatnie wyznawczynią. Zawiodłam się tylko tym zestawem wałek plus pędzel. Jedno i drugie takie se, ale jakoś dało radę i po drugiej warstwie farby z efektu byłam zadowolona. 
Namówiona przez sprzedawcę we Flugerze kupiłam podkład, ale zrobiłam próbę i okazało się, że bez krycie jest takie samo więc odpuściłam extra robotę, extra kasa została niestety wydana bezpowrotnie, ale może pisząc ten post kogoś przed nim uchronię. Mebli też wcześniej nie zmatowiłam, nawet suchą ścierą ich nie przetarłam. Skręciłam i pomalowałam. 
Ktoś wybrał fajne kolory, bo nie byłam to ja i bardzo spodobały mi się pomysł z drewnianymi wieszakami,które też malowałam. Muszą efektownie wyglądać we wnętrzu. Mam jedynie wątpliwości co do możliwości ich wykorzystania w charakterze wieszaków, używanych przez małe rączki. 
Nie było mi dane zobaczyć pokoju, w którym meble zamieszkały, ale mam ich zdjęcia. 
Tęsknię :D